piątek, 17 maja 2013

Fumiyo II cz. 8 - koniec


Temat Fumiyo jak najbardziej aktualny, dziś boleśnie bardziej niż ostatnio - dlatego publikuję ostatnią część opowiadania. Przedostatnia część tu. 
A ja? Pozostaję z problemem nierozwiązanym. Co dalej? Nie wiem.


Nowy eyeliner i najmodniejsze botki plus upięte włosy. Clue programu były smoky eyes! Rzut oka w lustro – było dobrze. Z brakiem ćwiartki nic raczej nie zrobi. Czuła się nadal przybita, ale parę kobiecych akcesoriów chwilowo poprawiło samopoczucie. Co więcej, przyjaciele nie odpuszczali – pomogli wysprzątać nowe mieszkanie i co rusz ktoś oferował swoją pomoc. Za nic nie miała ochoty na wieczorne wyjścia, grille, czy rowerowe wypady, ale siłą niemalże wyciągali ją z domu. Tak było i tym razem.

Przechadzała się po wieczornym deptaku, było nadal ciepło. Chyba połowa miasta wyległa z domów! Z ogródków piwnych dochodziły śmiechy, ożywiony gwar, a także błysk ćwiartek, połówek i torcików. Do tego światła stylizowanych na dawne latarni. I iluminacja budynków. Wszystko zdawało się połyskiwać, drgać, pulsować. Zdecydowali się pójść do lokalu okrężną drogą. A ona w oczach miała cały czas migoczące ćwiartki, ćwiartki, ćwiartki...


Kroiła szczypiorek i robiła w głowie podsumowanie. Sałatka zaraz będzie gotowa i to nie byle jaka sałatka! Sąsiad z dołu, młody chłopak, miał małego szczeniaczka, który podbiegał do ludzi i bez oporów dawał się głaskać. Została poproszona o zilustrowanie tomiku wierszy jakiejś debiutantki – wynagrodzenie było symboliczne, ale dla niej samej było to ogromną satysfakcją. No i praca – nie odnosiła w niej jakichś spektakularnych sukcesów, ale sumiennie wykonywała swoje obowiązki i miała poczucie, że jest ważną częścią zespołu. Układanka może nie idealna, ale o wiele lepsza, niż się ludziom zdarza. Brakującym puzzlem, który wszystko burzył, była owa utrapiona ćwiartka. Całkiem niepostrzeżenie stała się tematem przewodnim jej życia. Nie była odosobniona ze swoim problemem – wiele ludzi borykało się z ubytkami w twarzach i dawało radę. A ona, nie wiedzieć czemu, nie mogła przejść do porządku dziennego nad wiecznym tematem „trzy czwarte”.

***

Nikt tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, przez co przeszła, liczyła się więc z krytyką. Ale nie, nie żałowała. Cały czas nosiła przeciwsłoneczne okulary i owijała twarz bandażami – nie miało to już jednak trwać długo. Gdzieś, w odległości parędziesięciu kilometrów, zostały... cóż tu mówić... trzy pozostałe ćwiartki... Tym sposobem na zawsze straciła część swojej tożsamości. Miała też świadomość, że nie zazna szczęścia, o którym marzyła – musiała jednak z niego zrezygnować na rzecz spokoju. Spokoju, którego jeszcze nie odczuwała, ale miała nadzieję, że to wkrótce nastąpi.

Koniec.

piątek, 26 kwietnia 2013

[wejdź do gaju]

To mój ostatni wiersz. Ostatni w sensie najnowszy. Wersja saute - mogłabym próbować ulepszać, ale i po co.
Kto zgadnie co było inspiracją, ten ma 100 punktów :)

***
wejdź do gaju mandarynkowego
w połowie drogi między szyją a karkiem
rosną krzaki różane i lilie

stąpaj uważnie wargami
między krzakami jaśminu
rozgarniaj kiście czarnej porzeczki
łapczywie
utulmy się w miętowym hamaku
nakryjmy się kapryfolium



wtorek, 16 kwietnia 2013

Fumiyo II cz.7

Wiersz, wiersz, wiersz – opowiadanie. Wiersz, wiersz, wiersz – opowiadanie.
Tak miało być. Tymczasem powoli wyprztykuję się z wierszy.
NO PRZECIEŻ NIE BĘDĘ PISAĆ WIERSZY SPECJALNIE PO TO, ŻEBY MIEĆ CO OPUBLIKOWAĆ!!!!
Ale ale... wczoraj coś spłodziłam. Ale tylko część wypocin jako-tako wytrzymuje próbę czasu. Toteż wiersz  musi przejść okres karencji, a potem, być może, ujrzy światło dzienne.
Tymczasem jednak Fumiyo, część przedostatnia. Krótka, a potem koniec.
I w ogóle zgubiłam klucz imbusowy, czwórkę. 
A poprzednie Fumiyo o tu. Znaczy się, w sumie, poniżej.


Koniec użalania się, z ćwiartką czy bez, samotnie czy z kimś, trzeba jakoś żyć. Dolegliwości ze strony organizmu trzeba będzie przetrzymać, ostatnio zaczęła zażywać leki, które do pewnego stopnia pomagały. A zresztą, zajęta była teraz przeprowadzką, a nie swoją ćwiartką. Krzysiek musiał pilnie wyjechać, w ostatniej więc chwili zadzwonił, że nie przyjedzie do niej, aby znieść rzeczy i zanieść do nowego mieszkania. Gorączkowo przeglądała komórkę, aby sprawdzić, czy zdoła znaleźć kogoś innego ze sprawnym samochodem. Iza również nie mogła pomóc, poleciła natomiast zaprzyjaźnioną firmę transportową. Po godzinie byli pod blokiem i ładowali rzeczy. Gdy jechali przez miasto, przez jeden moment wszystko nagle zaczęło dziać się w zwolnionym tempie...
Wiedziała, że to się kiedyś zdarzy, ale absolutnie nie była na to przygotowana. Najbardziej znienawidzona dziewczyna na świecie stała, oparta o mur, a on – ON! - stał bardzo, bardzo blisko niej i delikatnie gładził ją po idealnie owalnej twarzy. Zamigotał mu na twarzy czuły uśmiech, który tak lubiła...
Ależ skąd! Nie było żadnego muru, choć dziewczyna twarz miała rzeczywiście pięknie owalną. Poza tym wyglądała na zmęczoną, choć szła tym bezczelnym krokiem księżniczki. Oni tylko szli razem na zakupy, choć we wspólnych codziennych zakupach jest coś niemal intymnego. Niczym zahipnotyzowana patrzyła, jak oddalali się, trzymając się za ręce.

Nie było dane jej położyć się na łóżku i płakać, płakać, płakać. Ukrywała przed kierowcą napływające do oczu łzy, a potem jak w transie wnosiła rzeczy do nowego mieszkania. Serce waliło, czuła napływające fale gorąca. I hektolitry łez, którym jeszcze nie mogła dać ujścia. W końcu zapłaciła, usiadła i zaczęła szlochać. Zanosiła się od płaczu, chciało jej się wyć. Trwało to dobre paręnaście, może parędziesiąt minut. Świetna inauguracja. Najgorsze było to, że on się o tym nie dowie. A gdyby nawet, już by go to nie obeszło.
Ta przeprowadzka nie miała sensu. Nie miała sensu, jeśli on nigdy nie usiądzie na jej kanapie. Nie spojrzy jak urządziła kuchnię, nie ucałuje w czoło i nie powie „jesteś wspaniała”. Nie pojedzie z nią, żeby wybrać odpowiednie firanki. Po co jej w ogóle firanki?

cdn.

niedziela, 24 lutego 2013

Fumiyo II cz.6


Powoli kończy się już Fumiyo! Razem wyjdzie osiem części. Zapraszam do czytania, poprzednia część tutaj. 


Nie była tu od co najmniej pół roku. Gdy już naprawdę musiała tędy przechodzić, szła szybko i ze spuszczoną głową. Wpatrywała się w witraż wystawiony w witrynie pracowni. Tylko jedna, jedyna osoba na świecie mogła być jego autorem.
– Wchodzi pani?
– N...nie.
Dość szybkim krokiem zaczęła iść w kierunku rynku, miała tam załatwić parę spraw. W pośpiechu i z roztargnieniem wypłaciła pieniądze z bankomatu, szczęście że zapomniała wydruku a nie gotówki. Kupiła szampon i parę innych rzeczy... i coś w niej pękło. Prawie biegła w kierunku pracowni, zwalniając jednak w miarę zbliżania się do niej. Serce waliło jak oszalałe. Starając się pozostać niezauważoną, ostrożnie spojrzała przez szybę. Dostrzegła tęgiego właściciela pracowni, ale nikogo poza nim.
Ale coś już się wydarzyło. Wiedziała, że przejdzie obok jego ulubionej pizzerii, klubu bilardowego, w którym kiedyś bywał. Wiedziała, też że przetnie jego drogę do banku. I nawet nie udawała – tak, po prostu bardzo chciała go zobaczyć.

Po tym wszystkim przyśnił jej się sen, który śnił jej się właściwie od zawsze. Zaglądała do skrzynki na listy, a tam – cała masa kolorowych kopert, małych prezentów, widokówek, a wszystko to dla niej. Niedowierzanie, zaskoczenie, radość, wzruszenie… i niezmiennie przebudzenie. Tym razem list był polecony, zaadresowany dobrze znanym pismem. Odesłał jej niby-dziecięcy rysunek, który kiedyś mu dała i malutką karteczkę z pieczątką jej poprzedniej firmy. Nie miało to większego sensu, lecz sny takie właśnie bywają. Nie odesłał jej natomiast paru innych istotnych drobiazgów i – co przykre – nie załączył ani słowa od siebie. Był to jednak (w końcu!) jakiś kontakt z jego strony, na pewno dawał pretekst, ba! nawet niemal domagał się od niej kontaktu, odpowiedzi. Jego numeru generalnie nie miała, choć mogła go gdzieś odnaleźć. Co jednak powiedzieć? Zadzwoniła do Maćka – najbliższego kuzyna – i Wioli – przyjaciółki. Maciek stanowczo odradzał wszelki kontakt, Wiola raczej słuchała opowieści. Dalej standardowe zakończenie – wake up, end of story.

c.d.n.

wtorek, 19 lutego 2013

Zmiany, zmiany!

Nie lubię naciapanych stron. Ale tu było jednak zdecydowanie zbyt sterylnie. Oparłam się na szablonie googla... a tu trzeba wykazać się swoją kreatywnością. Na początek pikczer flakonu - znalazłam go tutaj (pięknie atrybuuję autora, żeby nie było). Idealnie pasuje do tytułu bloga! Trochę nowych kolorów i czcionek (nie jestem przekonana, czy nie jest jednak zbyt pstrokato). Tak czy tak, żegnamy niepodzielnie panujące biele!

Poza tym... chora leżę, tym razem nie sławetne eF, tylko zwyczajna infekcja dróg oddechowych, z tą dodatkową atrakcją, że nie jestem w stanie mówić. A trzeba jutro szefowi wyjaśnić, czemu się nie stawię! Ale moje charczenie jest argumentem samym w sobie. 

niedziela, 17 lutego 2013

[śpię półśpię]


Czy przyjdzie czas na radosne, ekstatyczne wiersze? Jeśli nawet tak, to jeszcze nie teraz. Dziura w sercu daje znać o sobie, ale choroba nawet bardziej. Tylko troszkę inaczej niż wtedy, gdy pisałam ten wiersz.
Grunt to... realizować cele, robić swoje? Nawet, gdy wszystko się wali?
Żeby nie było, mnie naprawdę cieszą maleńkie codzienne radości. Ptaki już śpiewają. Jazda samochodem brrrrum! Śpiew śpiew śpiew! Tylko czasem to nie wystarczy.

***

natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa 
natręŚPIĘ natręPÓŁŚPIĘtręNIE ŚPIĘręctwa natręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwa naJESZCZE TROCHĘtwa natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa 
natręcCIEPŁO DYWANU POD BOSĄ STOPĄęctwa natręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwa natręctZNAK KRZYŻAa natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa 
natręctPSTRYK MUZYKAnatręctwa natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwa natręctwa natręSZYBKOatręctwa natręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwCZAPKA SZALIKatręctwa natręAUTOBUStręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwa natręctwTELEFON OFERTA FAKTURAnatręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwa nI JESZCZE I JESZCZEnatręctwa natręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwa natręctwa natręctwa natrA POTEMatręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwa natręcBIEGEM PRZEZ MIASTOctwa natręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa nDO LUDZI DO SPRAWa natręctwa 
natręctwa nJUŻ PÓŹNOnatręctwa natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwa natręcNIE ŚPIĘ PÓŁŚPIĘtręctwa natręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwa natręctwa natręctwa natręctŚPIĘatręctwa natręctwa natręctwa 
natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa natręctwa 


poniedziałek, 11 lutego 2013

[niech mnie ktoś poskleja]


To nie jest dobry wiersz. Ale kiedyś czułam się właśnie tak i dziś, niestety, też.
F-42 znowu nadaje.

***

niech mnie ktoś poskleja
poukłada

uwolni
ubezwłasnowolni
zamknie w białej sali
gdzie wstrzykują spokój

przywiąże do mamy (dorosła kobieto!)


(gdyby tak istniała puenta)


środa, 6 lutego 2013

[pusto]


To teraz yyyy... neofuturystycznie?
Wiersze graficzne?
I naprawdę bazuje na tym, co przeżyłam.


***



p


                                         u




                      st





o


czwartek, 31 stycznia 2013

Fumiyo II cz.5


Cięęęęężkie i pracowite tygodnie. W sobotę pewnie jakieś party - nie liczę na dobrą zabawę, ale warto spróbować... Poniżej pierwsze Fumiyo w tym roku, poprzednia część tutaj.

"Pierwszy w kraju producent wysokiej jakości połówek, ćwiartek, torcików, wypełniaczy, małych i średnich kształtek i nie tylko! Dopasowujemy do kształtu twarzy, koloru skóry, a nawet osobowości noszącego. Pierwszym stu Klientom zapewniamy możliwość zwrotu towaru przez 30 dni bez podawania przyczyny." Bez chwili namysłu chwyciła za telefon.

Cała we łzach, cisnęła ćwiartkę o podłogę i niepewnie spojrzała w lustro. Czerwony, zapuchnięty, zasmarkany potwór bez części twarzy. Zmyła makijaż i spięła włosy. Delikatnie dotknęła miejsca, gdzie powinna być utracona ćwiartka. Może nie ma sensu udawać, że ona tam jest. Może już nigdy jej tam nie będzie. Trudno. Problemy z oddychaniem były jakby mniejsze, właściwie mogła prowadzić niemal normalne życie. Nie dalej jak wczoraj Lena przegoniła ją po całej galerii handlowej i co? Zero skutków ubocznych!
Tylko że nie było dobrze, po prostu nie było.

Nie był może specjalnie przystojny, ale miał ujmujący uśmiech. I świetnie im się gadało. W dodatku twarz jego kumpla także miała pewne ubytki.
– Po tym wszystkim zrozumiałem, że nie mogę wiecznie pracować na czyjś rachunek. Jeszcze tego samego dnia zabrałem się do zakładania własnej firmy.
– Ja też noszę się czasem z tym zamiarem. Ale nadal mam obawy.
– Dlaczego? Na pewno dałabyś radę przyjrzał się jej i ostrożnie acz bardzo zwyczajnie i przyjacielsko zapytał 
– Jak to się stało?
Natychmiast zesztywniała.
– Nie stało się. Zawsze tak wyglądałam – wycedziła zimno.
– To przecież niemożliwe. Mój przyjaciel na przykład...
– Mam to od urodzenia – przerwała mu. 
– Powiesz mi jakie dokumenty są potrzebne?
Ból głowy stawał się coraz silniejszy.



niedziela, 13 stycznia 2013

[wiesz już jak ostre są]


A oto kolejne wierszydło o tym, że miłość łatwa nie jest, oj nie.

***

wiesz już jak ostre są moje paznokcie i wątpliwości
codzienny pocałunek w czoło nie wyrwie trzpienia lęku
spod koronek wystaje bezwstydna nadzieja

czas na mnie mówisz
i z trudem przełykasz kochanie
jednak nie




sobota, 5 stycznia 2013

[mówiłam]


Pierwszy noworoczny zanot - jakoś tak nie będzie o szczęśliwej miłości, ale to raczej nic nowego ;)

***

mówiłam
co z oczu to i z serca

nieprawda


niedziela, 30 grudnia 2012

Fumiyo II cz.4

Na koniec roku duża porcja Fumiyo II. Temat dziś znów przekolebał mi się po głowie. Zapraszam do czytania, poprzednia część tutaj.


Najpierw coś jej się śniło. Zatłoczony autobus, w którym usilnie poszukiwała faceta w czerwonej czapeczce. Gdy już udało jej się dopchać w upatrzone miejsce, okazało się, że to jej przyjaciółka jeszcze z czasów piaskownicy, Lena. Lena zaczęła jej opowiadać o jakimś egzaminie...
... i tu poczuła pieczenie. Pieczenie, ćmienie, w końcu rwanie na obrzeżach twarzy. Położyła się na drugi bok, mając nadzieję, że uda jej się ponownie zasnąć. Ból jednak zaczął promieniować w kierunku oczu i czoła. Wzdrygnęła się, gdy jej bose stopy poczuły chłód podłogi. Zapaliła światło.
– Yyssss! – jęknęła. Ból zaczął rozsadzać jej czaszkę. Zwykłe przeciwbóle nie pomogą. Udało jej się wygrzebać tabletki, które dostała kiedyś na problemy z kręgosłupem. Zanim udało jej się połknąć jedną z nich, siedziała przechylona nad ubikacją i wymiotowała.

Mała kanapka w drugim rogu sali, znajomy barman i pop-artowa reprodukcja nad wejściem budziły jej niepokój. Nie było jednak zbyt wiele czasu na oddawanie się rozmyślaniom.
– Jak się bawicie? – podszedł do nich dyrektor personalny.
– Świetnie, jak zawsze z wami – spojrzała na wejście.
Było gwarno, przy stolikach było jeszcze parę wolnych miejsc. Marta miała świetną sukienkę, koronkowa mała czarna to był zdecydowanie dobry wybór na dziś. Przy stoliku obok odbywał się najwyraźniej wieczór panieński. Czerwonawy drink, który właśnie sączyła był mocny i trochę mało słodki. Ukradkowe spojrzenie w kierunku baru. Na parkiecie Arek szalał z dziewczynami z księgowości. Nawet stażystka zapomniała o tym, że jest nowa i swobodnie gawędziła poznawanymi właśnie kolegami. I wtedy do „Ekwadoru” wszedł… a nie, jednak nikt.

Wieczór był właściwie udany.
– Będziemy się zbierać – Marcin z żoną podnieśli się z siedzeń.
– Ja też będę już iść. Jedziecie może w moją stronę?
– No jasne, chcesz się zabrać?
Już ubrana, czekała na Marcina i Ankę na schodach. Jakaś dziewczyna donośnym głosem rozmawiała ze śniadym obcokrajowcem. Śliczne, wielkie szare oczy – to przecież ona. Przyjaciółka. Jego dobra kumpela. Nie zdążyła jej dobrze poznać. Do niedawna miała nawet jej numer. Ich spojrzenia na moment się spotkały, ale tamta jej nie poznała, pogrążona w żywej wymianie zdań. Marcin i Anka nadal się grzebali. Wyszła z „Ekwadoru” i stanęła dobre parę kroków dalej. Za nic nie miała ochoty słyszeć tej rozmowy.

cdn.

wtorek, 25 grudnia 2012

Koc

Nie przepadam za świętami. Wielokrotnie zresztą czułam się źle właśnie w święta, czy to Bożego Narodzenia, czy też wielkanocne. Terapeutka miała na ten temat pewną teorię...
I to właśnie w święta parę lat temu... policzmy... tak! to będzie już cztery lata temu! Miałam dość poważny atak mojej "ulubionej" choroby i od tamtej pory wróciłam do leków, tym razem silniejszych - biorę do tej pory. Chaps chaps, chrup chrup!
Pamiętam, że wtedy właśnie jakąkolwiek ulgę przyniosło mi napisanie poniższego wiersza. Pod tytułowym kocem siedzę zresztą i teraz, czuję się znacznie lepiej. Mam trochę problemów z tamtych czasów, a wiele zupełnie innych. Ale jest chyba jednak znaczny progres, nie zaliczam już aż takich odwałów.


Koc


delikatna
ciepła rudość

mroźne igiełki na moim brzuchu

błyszczące paseczki
jak strugi lęku na moim karku
ślizgam się po nich

jego sierść przy skroni i policzku
nie da ukojenia


sobota, 22 grudnia 2012

[demontuję zamki]


To wierszydło zostało napisane właściwie jako modlitwa, ale może być o otwieraniu się na jakąkolwiek inną miłość, przyjaźń, dobro.
No, to skoro dokonałam już interpretacji, to zapodaję poemat :D

***

demontuję zamki
wyciszam alarmy
usuwam blokady
zdejmuję simlocka
wyłączam firewalla
podaję Ci hasło

chodź

wtorek, 11 grudnia 2012

Fumiyo II cz.3

Kolejna część Fumiyo II! Z pozdrowieniami dla P., który na nią czeka ;)
Ostatnio mam się średnio i pewnie nadal pisałabym to opowiadanie... gdyby nie to, że jest już skończone.
Pora przelewać frustracje na coś nowego? Albo zamiast tego zrobić pranie?
OK, ale teraz pora na Fumiyo, poprzednia część tu.


Znajomy zapach. Jej palce zanurzyły się w czymś miękkim. Zaczęła delikatnie gładzić go po włosach. Spojrzała za okno i zamyśliła się. Coraz szybciej robiło się ciemno. Gdy wracała z cotygodniowych lekcji hiszpańskiego, była już praktycznie noc. Może udałoby jej się przełożyć zajęcia. Ale czy uda jej się złapać wcześniejsze połączenie? Spojrzała na niego z czułością. Szkoda, że nie mogli chodzić na hiszpański razem. A może to nie był hiszpański, tylko portugalski? Usłyszała ostry dźwięk i zerwała się z łóżka. Jej lewy policzek był mokry, a za oknem było zupełnie jasno.

W tramwaju nie było wolnych miejsc. Obok niej stała mocno wymalowana gimnazjalistka. Do torby miała przyczepiony rząd kilkunastu miniaturowych ćwiartek! A więc taka jest teraz moda? Ktoś rozmawia przez telefon, jakiś staruszek próbuje skasować bilet. Gdzieś w oddali, za szybą, zamajaczyła znajoma czapka z daszkiem. Zrobiło jej się gorąco. I słabo. I znów te problemy z oddychaniem. Przyjrzała się dokładniej. Nie, tylko jej się wydawało. Powoli się uspokajała. Jeszcze parę przystanków i będzie na miejscu. Niech już dostarczą te chrząstki.

– Jak tam organizacja imienin wiceprezes?

– Nieźle, mam już większość składek na prezent. A gdzie idziemy?
– Nie mówiłem ci? Wiceprezes jest stałą bywalczynią "Ekwadoru", nie ma opcji na inny lokal. Chyba powinniśmy powoli robić rezerwację.
– Załatwię to – wyszeptała. Odwróciła się na pięcie i pobiegła do łazienki. Otworzyła okno. Spokojnie. Wdech - wydech. Głęboko. Dasz radę. Musisz.

cdn.

sobota, 8 grudnia 2012

[usta znają na pamięć]

Temat nie daje mi spokoju. Przez ostatnie dni. Przez całe życie w sumie.
Każdy to zna, niestety.


***

usta znają na pamięć 
kształt Twoich brwi

masz pieprzyk na łopatce
i bliznę na łydce

za paznokciami masz lęk
i cóż ukrywać tchórzostwo
proszę wplącz mi palce we włosy

w skroniach pulsuje
wiara nieustraszona w ideały
byłam tam wiem

w zagłębieniu łokcia
ukryłeś resztki o dziwo niewinności
pod żebrami
zatracenie złość zdrada

płuca wygłodniałe

pachniesz samotnością 
i trochę zwycięstwem

patrzysz widzę to wszystko
a ona pieści Twoje powieki

środa, 5 grudnia 2012

niedziela, 2 grudnia 2012

[wieczorem]


No to niech będzie jeszcze jedno stare wierszydło przed hardcorowym tygodniem:


***

wieczorem

nasączam wacik
zmywam pogardę

wymagania wieszam na oparciu krzesła

składam perfekcjonizm
w kosteczkę

starannie wietrzę nienawiść

okrywam się niedoskonałością

gaszę krytykę

wybiegam z domu
by kochać


piątek, 30 listopada 2012

Ballada mleczna

Bezpośrednią inspiracją do tego wiersza były moje własne rysunki z dzieciństwa! Do jego napisania zachęcił mnie L. - miała być bajka, wyszło trochę inaczej. Ale najpierw rysunek:



Ballada mleczna

KRULEWICZ jest z czasów mleka
jajek na miękko, bawarek.
Śmieje się szczerze, naiwnie
I bez żadnego ale.

Ma liczko różowe i gładkie,
Bo ŚNIEŻKA przez zet lustrzane
Nie wie, że kiedyś zapragnie
Zarostu poczuć łechtanie.

To, że bez dłoni KRULEWICZ
Umyka uwadze ŚNIEŻKI.
Kiedyś on zechce palcami
W jej plecach pieścić dołeczki.

Jest wreszcie i MACOHA.
Gdy cały świat jest uśpiony
Uważnie zerka w zwierciadło
To z prawej, to z lewej strony.

I to MACOHA wie dobrze:
Gdy ona swe rzuci spojrzenie
KRULEWICZ w różowe paseczki
MACOHĘ obejmie ramieniem.




środa, 28 listopada 2012

[pozwól mi się ułożyć]

A dziś nowa forma: zanotki. Zbyt krótkie, by być wierszami; zbyt (khy khy) poetyckie, by zapisywać je jako zwyczajne zdania. Ot, takie iskierki.


***

pozwól mi się ułożyć
na Twoim policzku