Wiersz, wiersz, wiersz – opowiadanie. Wiersz, wiersz, wiersz – opowiadanie.
Tak miało być. Tymczasem powoli wyprztykuję się z wierszy.
NO PRZECIEŻ NIE BĘDĘ PISAĆ WIERSZY SPECJALNIE PO TO, ŻEBY MIEĆ CO OPUBLIKOWAĆ!!!!
Ale ale... wczoraj coś spłodziłam. Ale tylko część wypocin jako-tako wytrzymuje próbę czasu. Toteż wiersz musi przejść okres karencji, a potem, być może, ujrzy światło dzienne.
Tymczasem jednak Fumiyo, część przedostatnia. Krótka, a potem koniec.
I w ogóle zgubiłam klucz imbusowy, czwórkę.
A poprzednie Fumiyo o tu. Znaczy się, w sumie, poniżej.
Koniec użalania się, z ćwiartką czy
bez, samotnie czy z kimś, trzeba jakoś żyć. Dolegliwości ze
strony organizmu trzeba będzie przetrzymać, ostatnio zaczęła
zażywać leki, które do pewnego stopnia pomagały. A zresztą,
zajęta była teraz przeprowadzką, a nie swoją ćwiartką. Krzysiek
musiał pilnie wyjechać, w ostatniej więc chwili zadzwonił, że
nie przyjedzie do niej, aby znieść rzeczy i zanieść do nowego
mieszkania. Gorączkowo przeglądała komórkę, aby sprawdzić, czy
zdoła znaleźć kogoś innego ze sprawnym samochodem. Iza również
nie mogła pomóc, poleciła natomiast zaprzyjaźnioną firmę
transportową. Po godzinie byli pod blokiem i ładowali rzeczy. Gdy
jechali przez miasto, przez jeden moment wszystko nagle zaczęło
dziać się w zwolnionym tempie...
Wiedziała, że to się kiedyś zdarzy,
ale absolutnie nie była na to przygotowana. Najbardziej
znienawidzona dziewczyna na świecie stała, oparta o mur, a on –
ON! - stał bardzo, bardzo blisko niej i delikatnie gładził ją po
idealnie owalnej twarzy. Zamigotał mu na twarzy czuły uśmiech,
który tak lubiła...
Ależ skąd! Nie było żadnego muru,
choć dziewczyna twarz miała rzeczywiście pięknie owalną. Poza
tym wyglądała na zmęczoną, choć szła tym bezczelnym krokiem
księżniczki. Oni tylko szli razem na zakupy, choć we wspólnych
codziennych zakupach jest coś niemal intymnego. Niczym
zahipnotyzowana patrzyła, jak oddalali się, trzymając się za
ręce.
Nie było dane jej położyć się na
łóżku i płakać, płakać, płakać. Ukrywała przed kierowcą
napływające do oczu łzy, a potem jak w transie wnosiła rzeczy do
nowego mieszkania. Serce waliło, czuła napływające fale gorąca.
I hektolitry łez, którym jeszcze nie mogła dać ujścia. W końcu
zapłaciła, usiadła i zaczęła szlochać. Zanosiła się od
płaczu, chciało jej się wyć. Trwało to dobre paręnaście, może
parędziesiąt minut. Świetna inauguracja. Najgorsze było to, że
on się o tym nie dowie. A gdyby nawet, już by go to nie obeszło.
Ta przeprowadzka nie miała sensu. Nie
miała sensu, jeśli on nigdy nie usiądzie na jej kanapie. Nie
spojrzy jak urządziła kuchnię, nie ucałuje w czoło i nie powie
„jesteś wspaniała”. Nie pojedzie z nią, żeby wybrać
odpowiednie firanki. Po co jej w ogóle firanki?
cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz